Trudno zapanować nad upływającym czasem. Wszystko jest tu inne niż w we wszystkich europejskich miastach w których miałam do tej pory okazję choć przez chwilę pomieszkać. Przede wszystkich wszystko dookoła wydaje się większe, przestronniejsze, momentami swoja wielkością onieśmielające.
Ale powinnam chyba zacząć od początku...
Przyjechałam do Kalifornii razem z grupą bardzo inspirujących ludzi (jest nas czterdzieścioro) na dwumiesięczny staż na Uniwersytecie Stanforda w ramach realizowanego przez ministerstwo projektu "Top 500 Innovators - Science, Management, Commercialization".
Fot: Nasza grupa po oficjalnym rozpoczęciu kursu pozuje do pamiątkowego zdjęcia wraz z gośćmi między innymi Profesorami Piotrem Moncarzem, Leszkiem Balcerowiczem i Tadem Taube. Mnie niestety nie widać, bo robię zdjęcie:)
Zajęcia w których uczestniczymy w ramach naszego stażu zostały dla naszej grupy przygotowane Stanford Center for Professional Developement. Więc bierzemy udział w stażu/szkoleniu "skrojonym na miarę". Już sam fakt tego, że studiujemy na Uniwersytecie Stanforda cieszy mnie bardzo (i znakomitą większość uczestników).
Fot: Budynki - Main Quad w samym sercu Stanfordu.
Można by godzinami rozpisywać się na temat różnic w podejściu do studiowania i uczenia pomiędzy polskimi i amerykańskimi Uniwersytetami. Ja mam zamiar ten temat dokładniej zgłębić.
Wszystkich zainteresowanych odsyłam na blog prowadzony przez Innowacyjnych AGHowców: http://zaghnastanford.blogspot.com/ którzy zamieścili już kilka bardzo ciekawych spostrzeżeń.
W pełni się z nimi zgadzam że podejście do studenta jest tutaj o wiele bardziej "biznesowe". Celem jest nauczenie konkretnych umiejętności, zdolności korzystania z wiedzy (nawet tej którą dopiero planuje się zdobyć), oraz korzystania z doświadczenia wykładowców i absolwentów...
Ale na razie sama muszę się powczuwać - najlepiej spacerując po uliczkach kampusu w klimatach dla mnie jak najbardziej włoskich lub hiszpańskich.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz